23 mar 2015
Rozdział 1. 



   To miał być piękny poranek. Kalendarz oznajmiał, że dziś przypadał piętnasty marca i pogoda była typowo wiosenna. Wszędzie kwitły kwiaty, ptaki śpiewały, a świat odżywał po ciężkiej  i mroźnej zimie. Tak naprawdę nikt nie spodziewał się, tego co nastanie wkrótce. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Choć na całym świecie od miesiąca trąbili w wiadomościach o dziwnych zjawiskach, nagłych zgonach i  ulicznych zgromadzeniach protestujących na ulicy. Ludzie się martwili, ale większość nie doszukiwała się w tym niczego podejrzanego. To był ich błąd. Błąd, który niektórzy przypłacili życiem.
  Po ciężkim i nużącym dniu w szkole marzyłem, by wreszcie położyć się na łóżku, przykryć kołdrą i zniknąć we własnych myślach. Ostatnio mam wszystkiego tak cholernie dość. Robi się ze mnie typowy zbuntowany nastolatek w tej kwestii. Jednak moim obowiązkiem było pójście najpierw po Fabiana, mojego młodszego brata. Jest chudy, wysoki, ma piegi, niebieskie oczy, jak ja i czarne włosy. Trochę zarozumiały, ale świetnie gra się z nim w szachy. Jest inteligentniejszy niż się zdaję. Pamiętam, że zawsze chciałem mieć siostrę, ale nie wyszło. Bycie starszym bratem nie jest takie złe.
Ze słuchawkami w uszach wyszedłem z mojego przeklętego liceum. Ok, moja szkoła nie jest okropna, ale marudzę na nią już z przyzwyczajenia. Ma świetny profil językowy, jest nowoczesna i organizuję sporo zajęć pozalekcyjnych. Rozpiąłem jeden guzik granatowo-szarej koszuli i podwinąłem rękawy do łokci, mimo ładnej pogody w powietrzu czuło się coś złowróżbnego. Może to przez moje samopoczucie, nie powinienem obwiniać za wszystko pogody. Szczerze to martwię się o mojego przyjaciela. Nie widziałem Mateusza od dwóch dni, dzwoniłem do niego już kilka razy, nikt nawet nie otworzył mi drzwi, kiedy wczoraj próbowałem go zobaczyć. Do szkoły zadzwonił dziś jego ojciec, powiedział, że Mateusz źle się czuję i nie będzie go do końca tygodnia. Nie cierpię go. Od śmierci mamy Mateusza jego ojciec tylko piję i często puszczają mu nerwy. Mariusz, starszy brat Matiego jest za granicą i albo nie wie, co robi ojciec, albo nie chce wiedzieć. Z ludźmi już tak jest - widzą to, co chcą widzieć. 
  Szybkim krokiem wszedłem do budynku podstawówki, który był tuż za rogiem. Kiedyś sam się tu uczyłem, choć pamiętam te czasy, jak przez mgłę. Budynek jest spory, ma dwa piętra, dużą sale gimnastyczną, ładny ogród i plac zabaw. To po prostu ładna szkoła, świeżo po remoncie zakończonym w lutym. Klasa Fabiana znajduję się na pierwszym piętrze i jest to pomieszczenie z typowo szkolną gumową, szarą podłogą, jasnożółtymi ścianami, trzema rzędami podwójnych ławek, krzesłami, biurkiem, ciemną tablicą, stojącymi pod ścianą szafkami z książkami, atlasami, globusami i różnymi rysunkami wykonanymi przez dzieci. Duże okna naprzeciw drzwi dają dużo światła. W powietrzu unosi się jeszcze zapach kanapek z drugiego śniadania i kredek świecowych.  Z uśmiechem na okrągłej buzi powitała mnie nauczycielka i wychowawczyni mojego brata. Wygląda młodo, ma jasną karnację, ciemne brązowe włosy, spięte w koka, zielone oczy i kilka jasnych piegów. Za moich czasów nauczycielki nie były takie ładne, a szkoda. Może bardziej przykładałbym się do nauki. Kobieta jest ubrana w beżową sukienkę w grochy. Uczy matematyki, Fabian bardzo ją lubi, bo potrafi z ciekawością opowiadać o ułamkach. 
- Dominik, jak miło cię widzieć - ma miły głos, taki delikatny. Wystarczy na nią spojrzeć i od razu widać, że pasuje do pracy z dziećmi. Ja słyszałem tylko - ,,CZARNECKI DO KĄTA!". 
- Dzień dobry, pani Agato. Jak się dziś Fabian zachowywał? - zapytałem, ostatnio zachowanie mojego brata znacznie się pogorszyło. Sam nie wiem dlaczego, może taki okres. Chłopak chce się wpasować, ale nie wie jak. 
- No, cóż. Pokłócił się dziś z Krystianem i Julką. Doskonale wiesz, że twój brat to zdolny chłopiec, ale czasem niepotrzebnie mówi, co myśli i rani innych. Mam nadzieję, że przejdzie mu to z wiekiem - nauczycielka wzruszyła ramionami. Sama lubi Fabiana, choć często przysparzał jej problemów, jednak jest pilnym uczniem i można na nim polegać.
- Przejdzie, proszę pani. Sam też nie byłem zbyt lubianym, ale z tego wyrosłem - uśmiechnąłem się do niej. Po części to prawda, choć moich znajomych mogę zliczyć na palcach jednej dłoni. 
Kobieta kiwa głową i odchodzi pomóc jakiemuś dzieciakowi z karmieniem klasowego chomika. Biedny utoczony zwierzak, wygląda jak brązowa kulka.
Fabian patrzy się przez chwilę na mnie, a potem zaczyna chować książki do zielonego plecaka z rysunkiem robota. Próbowałem mu pomóc, ale tylko zmierzył mnie wzrokiem.
- Sam mogę to zrobić - burknął. Szkoda, że rodzice nie postarali się bardziej i nie mam jakieś milutkiej siostrzyczki. Zawsze o tym skrycie marzyłem, byłbym przykładnym starszym bratem, zajmowałbym się nią, bujał na huśtawce i kupował truskawkowe lody. 
- Nie marudź. O co dziś poszło poszło? Twoja nauczycielka mówiła, że sprawiasz problemy.
- To nie moja wina. Te dzieciaki są tępe. Oh, ta idiotka Julia wciąż źle liczy, a Krystian to zarozumiały tępak. Musiałem im powiedzieć, co o nich myślę. Sam zawsze powtarzasz, że trzeba bronić swojego zdania - tłumaczył się. Nie wiem po kim to ma, ten uciążliwy nawyk wytykania innym błędów. Ja jestem typem obserwatora, rzadko przejmuję inicjatywę.
- Masz dziesięć lat, nie wymagaj zbyt wiele od swoich rówieśników. To, że nie są tacy mądrzy, jak ty, nie oznacza, że to złe dzieciaki. 
- Ale te bezmózgi się ze mnie śmieją, wyzywają mnie, a nauka to jedyna rzecz, w której jestem od nich lepszy. Ty nie wiesz, jak to jest. Ciebie ludzie lubią - westchnął. Przez chwilę zastanowiłem się nad tym. Ludzie mnie lubią? Czy ja wiem. Czasem wydaję mi się, że jestem tylko tłem dla innych, ale lubię mój mały świat.
- Co mówią? - spytałem. 
- Nazywają mnie...Profesorkiem - żalił się Fabian, a ja nie wytrzymałem i roześmiałem się, jak głupi. Może i mój brat z tym swoim okrągłym czerepem z mnóstwem ciemnych loczków, zamiłowaniem do matmy, geografii i koszul przypomina trochę profesorka. W sumie świetnie to do niego pasuję. Brakuję mu tylko okularów. 
- Dlaczego się śmiejesz? To wcale nie jestem zabawne. Nie przypominam profesora - zaprzeczał. 
- A widziałeś się kiedyś w lustrze, młody? - nie oczekiwałem odpowiedzi. Chłopak zabrał plecak i poszedł do szatni po kurtkę. 
Nie powinien mu dokuczać. Wiem, jak to jest nie mieć dobrego kontaktu z rówieśnikami, ani w sumie z kimkolwiek. Jednak Fabian nie może użalać się na sobą przez cały czas i spróbować się dostosować. 
Z Mateuszem przyjaźnie się od trzeciej klasy podstawówki, choć z tego co obaj mówimy, wcale nie było to takie pewne. On przypominał mi raczej szkolnego kozła ofiarnego, a ja byłem typowym pupilem nauczycieli. Po prostu pewnego razu na wycieczce szkolnej po lesie zabłądziłem, a on pierwszy mnie znalazł. Do teraz mi to wypomina, a ja dalej mam słabą orientację w terenie. Od tego momentu zaczęliśmy więcej czasu spędzać razem. Okazało się, że obaj lubimy ,,Gwiezdne Wojny", komiksy i podzielamy zamiłowanie do przeglądania atlasów oraz najróżniejszych encyklopedii. Mateusz wcale nie był aż taki łajzowaty, a w sumie to obaj byliśmy ciapowaci, co z czasem przestało nam przeszkadzać. Pamiętam, jak pierwszy raz powiedział mi, że jestem jego najlepszym przyjacielem. Wtedy nie rozumiałem, że miał na myśli też jedynym.
◘◘
Usiadłem na kanapie w salonie. Pokój jest duży, choć mało w nim mebli, tylko szafa mamy z figurkami aniołów, telewizor, mały stolik pełen gazet, duża beżowa kanapa, fotele do kompletu, kilka roślin doniczkowych i stojący zegar w kącie. Ściany są jasnożółte, a na podłodze tata położył jasne panele. Oglądałem razem z rodzicami telewizję, a przynajmniej próbowałem, bo co chwila nikł sygnał. Profesorek śpi na górze w swoim pokoju. Dochodziła dziesiąta. 
- Jasna cholera, co się dzieje z tym telewizorem - warczy tata. To ten wysoki, opalony mężczyzna, o brązowych oczach i włosach. Marek jest z zawodu inżynierem i złotą rączką. Ubrany już w piżamę kombinuje z dekoderem. 
- To chyba coś od nich, tu wszystko jest dobrze ustawione - wreszcie dał spokój i usiadł obok mnie i mamy. 
- Ale skąd zakłócenia? - spytałem. Mama jest wysoka i szczupła, ma blond włosy spięte w koka i niebieskie oczy. Odziedziczyłem większość cech jej wyglądu. Łącznie z pieprzykami w podobnych miejscach. Iwona Czarnecka jest pielęgniarką w miejscowym szpitalu im. Tadeusza Kościuszki. Chociaż moim skromnym zdaniem z jej wiedzą powinna być dyrektorem. Dziś wygląda na bardziej zmęczoną niż zwykle.
- Mamo, coś się stało? 
- Nie chciałam cię martwić, ale jak się na tym zastanowić to powinieneś wiedzieć. Nie chcę, żebyś panikował, czy..Sama nie wiem, ale od kiedy się dowiedziałam, sama nie mogę przestać o ty myśleć. W innych państwach grasuje wirus, bardzo niebezpieczny z tego co słyszałam, ludzie boją się o nim mówić. Doktor Osiński, mój przyjaciel, jak wiesz, wrócił ostatnio z Francji i dowiedziałam się kilku ciekawych faktów. Podobno w Wielkiej Brytanii i na całych Wyspach jest kiepsko. Wojtek mówił, że niedługo będzie kwarantanna i ogółem zamknięcie dróg handlowych i komunikacji. Nie chcę cię straszyć - powiedziała mama i spojrzała na nas niepewnie.
- Dlaczego dopiero teraz to mówisz? A jak wybuchnie epidemia? - oburzyłem się. Tata się nie odzywał, dalej próbował naprawić telewizor. Nie podobał mi się jego spokój, tak samo jak to, że mama mówi o tym teraz i w taki bezpośredni sposób. Powinien już się przyzwyczaić, że należała do osób, które nie owijają w bawełnę. 
 - Władzę podobną mają wszystko pod kontrolą. Jeśli sprawy zajdą za daleko, to możemy spodziewać się nawet ewakuacji. Polska jest raczej bezpieczna. Sąsiadujemy z Niemcami, Francja jest blisko. Kraje NATO chcą to zdusić w zarodku. Poradzą sobie z tym. Z resztą co ja mówię? Nie wiem, przepraszam. Może to tylko jakieś mrzonki. Nie mam potwierdzeń. 
- A co robi ten wirus? I w ogóle jaki wirus? Mamo, o co w tym chodzi  - dopytywałem. Słyszałem ostatnio o napad, nagłych zgonach i tajemniczej chorobie, ale tylko wzmianki i w to internecie, a nie jest to wiarygodne źródło. 
- Nie wiem dokładnie, są pogłoski, że ludzie przez niego umierają, doprowadza do obłędu. Nie wiem - zmarszczyła czoło, jakby usilnie próbowała to zrozumieć. 
- Ale jak to? Doszło to do nas? Do Polski? Przecież na granicach zaostrzyli bezpieczeństwo, badają każdego. Co nie? Rozumiem, że nasz rząd daję dupy, ale chyba woli mieć żywych wyborców. 
- Tak, Dominik, ale coś jest nie tak. Nikt nie wie, co to za choroba, jak ją leczyć ani jak zapobiegać. Nie wiadomo, jak się przenosi, czy drogą kropelkową, za pomocą dotyku, nic nie wiadomo. Nie ma sygnałów, że doszło do nas. Wolałam, żebyś wiedział. Mam złe przeczucia - tłumaczyła dalej.
- Ale jak? Mamo, przecież byśmy wiedzieli, gdyby było coś nie tak. W mediach, telewizji, internecie, prasie, huczało by od tego. Niby jest kilka pojedynczych wzmianek, ale po za tym nic. To śmieszne i niemożliwe. Dziwie się, że w to wierzysz. 
- Nawet media boją się, albo same nie chcą paniki. Zdajesz sobie, jaka by to była panika, młody? - odezwał się wreszcie tata - Gdyby społeczeństwo oficjalnie dowiedziało się że jakiś wirus, na którego nie ma lekarstwa może być wszędzie? Kradzieże, ucieczki, to co najgorsze. Ludzie kiedy się boją są zdolni do okropnych rzeczy. Może i jest po za granicami naszego państwa, ale nie wiemy jak się roznosi. Może już jesteśmy zarażeni.
- Wiem, ale znam dzisiejszy świat. Nie mogę uwierzyć, że nie mówią o tym wprost. Nie wierzę w to. Nie rozumiem, jak wy możecie. 
- Mówią, źle słuchasz. Ostatnio było o zaostrzeniu  bezpieczeństwa, wciąż reklamują witaminy, suplementy, nowe lekarstwa, przypominają o szczepieniu. Coraz trudniej wyjechać za granicę, ograniczają loty samolotów, badają sprowadzana żywność, ciągłe kontrole - powiedziała mama spokojnym głosem, jakby tłumaczyła mi coś oczywistego. Słyszę wszystko, ale wydaję mi się to nierealne. 
- Co zrobimy? Wyjedziemy? - biorę łyk herbaty z ulubionego niebieskiego kubka w białe grochy, który dostałem na urodziny od brata. 
- Poczekamy. Jeśli coś zacznie się dziać, będziemy przygotowani - odpowiedziała, a ja czuję się dziwnie. Sam nie wiem, czego się spodziewać. Może jestem głupi, ale nie umiem pojąć, że mimo wszystko wciąż jest cicho o tym wirusie, albo traktuje się go, jak teorie spiskową. Rząd wiele ukrywa, albo sam nie wie. Przemyka mi przez myśl, że jestem bohaterem jakiegoś słabego serialu o epidemii. Nie chcę tego. Jak można być przygotowanym na coś, czego się nie wie i nie zna. Wolałbym nie wiedzieć. Żałuję, że mama zdecydowała się mi o tym powiedzieć. Ale właściwie o czym? O czymś na co nie ma dowodów. Było już wiele epidemii, nawet jeśli będzie kolejna to i tak nie dojdzie do nas. 
◘◘
Następnego dnia wcale nie czułem się lepiej. 
W szkole spotykałem Mateusza, siedział na ławce przed budynkiem i machał mi na powitanie. Na początku nie poznałem go, bo twarz miał schowaną pod kapturem ciemnozielonej bluzy. 
- Cześć - powiedział i zdjął swój bordowy plecak z ławki, żebym mógł usiąść. Przed budynkiem liceum i gimnazjum jest kilka ławek. Siedzieliśmy na tej najbardziej oddalonej pod starym klonem, niedaleko parkingu dla pracowników szkoły. 
- Cześć, dlaczego cię ostatnio nie widziałem? - spytałem, a on wzrusza ramionami. Wydawał się być bardziej zajęty obserwowaniem wróbli, siedział do mnie bokiem, podpierając podbródek dłońmi. 
- Byłem chory, zapalenie płuc, te sprawy. Rozumiesz, co nie.
- Nie rozumiem. Nie mogłeś chociaż odpisać? - zdenerwowałem się, wczoraj dowiedziałem się o jakimś wirusie, a on wciska mi kity o chorobie.
- Nie zachowuj się, jak moja dziewczyna - westchnął. 
- Nie okłamuj się. Żadna by na ciebie nie spojrzała. Powiedz, dlaczego cię nie było - przez chwilę Mateusz się nie odzywał, potem zdjął kaptur i to co zobaczyłem wcale mi się nie spodobało. Chłopak był bledszy niż zwykle, a piegi wyraźniejsze, jego zielone oczy patrzyły na mnie bez wyrazu, lewe było podpuchnięte, a wokół prawego sine miejsca, miał też kilka zadrapań na policzkach i przy dolnej wardze. Przez chwilę mu współczułem, a potem byłem już tylko bardziej wkurzony.
- Zadowolony? - próbował się uśmiechnąć, ale to sprawiło mu ból, skrzywił się.
- Dlaczego nie pójdziesz na policje? Nie możesz tak dawać się traktować własnemu ojcu, Mati. To pojebane - powiedziałem, ale on nigdy mnie nie słucha. Tylko kiwa głową, a co miesiąc jest gorzej. Wciąż mi się nie przyznał, jak w zimę złamał lewą rękę. 
- Wiem, ale po co. Miał problemy w pracy, gorszy dzień, wypił więcej niż zwykle. To nic takiego. On nie jest taki zły. Dalej się nie pozbierał po śmierci mamy.
- To, że miał gorszy dzień nie znaczy, że może wyżywać się na tobie. Widziałeś się w lustrze? W szkole zrobisz furorę, zaraz każdy będzie pytał. Ile można się tłumaczyć, że to wypadek. Nauczyciele, pedagog już teraz coś podejrzewają. 
- Dlatego nie idę dziś do szkoły. Odpuszczę sobie ten miesiąc i może następny, trudno. 
- Idiota. Chcesz  mieć braki w nauce? Co na to ojciec? Jak potem się wytłumaczysz? - wściekłem się. Czasem mam go strasznie dość.
- Chcę wyjechać do brata, do Londynu - wzruszył ramionami. 
- Masz od niego jakieś wiadomości ostatnio? - no tak, mama wczoraj wspominała, że jest tam kiepsko. Może w Londynie jest lepiej. Nie wiem.
- Nie, znaczy od miesiąca się nie odzywa. Ale wcześniej wszystko było u niego dobrze, tylko miał problemy z telefonem. Może to dlatego nie dzwoni. Wiem, gdzie mieszka. Wszystko będzie dobrze, Dominik. To nic. Będę tu czasem wracał i wysyłam ci paczki z komiksami - uśmiechnął się z trudem. Zachowuje się, jak dziecko, które coś sobie ubzdurało i nie odpuści. 
- Nie chcę cię martwić, ale podobno niedługo Wielka Brytania będzie pod kwarantanną. Nie słyszałeś? Ciężko się tam dostać. 
- Wiem, przecież. Załatwię to jakoś. Nie jestem idiotą.
- To mało rozsądne. Głupie po prostu. Kiedy niby chcesz to zrobić? - westchnąłem, co za debil. 
- Za dwa, trzy tygodnie, jak ojciec wyjedzie na  delegacje. Będzie spokój, zawsze zostawia mnie wtedy samego. Do tego czasu skołuję, co potrzebne - spojrzał na mnie niepewnie, mam ochotę nim potrząsnąć. Rozumiem, że tęskni za Mariuszem, ale nie może wyjechać. Jego brat jest naprawdę miły, ale nie wyglądał nigdy na odpowiedzialnego. 
- Ale zobaczymy się jeszcze? - chyba chciałbym, żebym zamknęli te lotniska. Mogą wszystko zamknąć, ale niech on nie wyjeżdża. Czasem myślę, że nie mam nikogo po za nim. 
- Jasne. Dominik, przecież wrócę. Zawsze wracam...ale teraz muszę już iść. Zrobić sobie zimny okład i wziąć coś przeciwbólowego, bo oszaleję. 
- Dobrze, idź. Jakby się coś pytali, to powiem o tym zapaleniu płuc. Nie martw się. 
- Wiedziałem, że na ciebie można liczyć - kiwnął na mnie, wstał, wziął plecak i poszedł. Ogarnęło mnie uczucie, że mogę go więcej nie zobaczyć. Chyba popełniam błąd. Nie rozumiem ani jego postępowania ani tego, co się tu dzieje. Wszystko wydaję mi się snem. Chciałbym się już obudzić. 
◘◘
Wracam do domu koło siedemnastej, choć skończyłam lekcje dużo wcześniej. Musiałem się trochę powłóczyć po okolicy. Tak szczerze, to siedziałem ze słuchawkami w uszach w parku. Nie ma zbyt wielu znajomych, w sumie mam sporo kolegów, koleżanek, ale większość znajomości nie wytrzymuję czasu. Okolica jest pusta, ulicami przejeżdżają pojedyncze samochody, wciąż jest jasno. Mijam jakieś dzieciaki i kilku biegaczy. Ciekawe, jak sobie radzi Mati. Wkurza mnie, powinien się postawić, zrobić coś, ale nie. On chyba lubi być workiem treningowym własnego taty. Chociaż muszę przyznać, że jego ojciec kiedyś był bardzo spoko. Zabierał nas pod namioty i na ryby, żartował i nie wściekał się za wagary. Jego mama też była świetna. Mati jest bardzo do niej podobny, te same zielone oczy, gęste jasnobrązowe włosy i wzrost. Czasem to denerwujące, że przerasta mnie o głowę, choć sam nie jest karłem. Pani Magda zawsze była elegancka, gdy umarła wyrzucili wszystkie jej sukienki, biżuterię, figurki kotków i książki kucharskie. Jakby uparcie chcieli, żeby jej nigdy nie było. Ale tak nie można, ludzie odchodzą. Każdy kiedyś odejdzie, a my mamy wspomnienia, powinniśmy się cieszyć z nich, ale nie zmuszać się do zapomnienia. Przecież to wspomnienia nas kształtują. 
- Ał - słyszę jęk. Podniosłem wzrok znak krawężnika i zdałem sobie sprawdzę, że niechcący wpadłem na jakąś dziewczynę. Tym raczej nie zapunktuję. Ona też mnie nie zauważyła, na chodniku leży jakiś zeszyt w fioletowej okładce. 
- Przepraszam, nie zauważyłem cię - podaję jej zeszyt i uśmiecham się przepraszająco.
- Nie szkodzi. To moja wina, zaczytałam się, mam test z biologii, wiesz, jak to jest - śmieję się. Ma ładny głos, ogółem jest niczego sobie, choć nie w moim guście. Jest wysoka, gdyby założyła szpilki byłaby wyższa ode mnie, szczupła, ma ciemną karnację, a może jest opalona, duże szare oczy i długie ciemne włosy. Wciąż się do mnie uśmiecha i poprawia pasek od zielonego płaszcza. 
- Oj wiem, ale biologia jest spoko. Matematyka to katorga. Chodzisz do liceum na ulicy 3 Maja? - pytam, bo nigdy jej nie widziałem, nie zapomniałabym tak oryginalnej urody. Może jest starsza niż się wydaję. 
- Tak, znaczy tak jakby..Będę. Teraz uczę się w domu, ale od przyszłego semestru już w twoim liceum - poprawia nerwowo włosy. 
- To fajnie. Liceum jest ogółem ok... - jej szare oczy wpatrują się we mnie, czuję się niezręcznie, zapada dłuższa cisza.
- Jestem Tamara. Tamara Lisowska - mówi z szerokim uśmiechem na ustach. Odnoszę dziwne wrażenie, że te imię świetnie jej pasuje. 
- Miło, Dominik Czarnecki - powinien iść już do domu i nie męczyć tej biednej dziewczyny, ale wpadam na pomysł, potrzebuje rozpaczliwie towarzystwa - Może cię odprowadzę. Gdzie mieszkasz?
- Niedaleko, na Słonecznej.
- To dobrze, bo ja też - słyszałem, że trzy domy dalej ktoś się wprowadza, ale jakoś mnie to nie zainteresowało, a może powinno.
- Dziękuję. 
- To nic takiego. Te ulice są bardzo niebezpieczne. Może na ciebie wpaść ktoś gorszy niż ja - mówię przekonująco, a dziewczyna tylko się uśmiecha. Ma naprawdę ładny uśmiech. 
- Mam nadzieję, że nie zrobiłam złego pierwszego wrażenia? 
- Nie, jest całkiem, całkiem. Po prostu jestem słaba w nowych znajomościach.
- Ooo, to tak, jak ja. Nie martw się - wzruszyłem ramionami. 
◘◘
Przy kolacji przegryzając kawałek lazanii, wciąż myślałem o Tamarze. Ten krótki spacer z nią był po prostu miły, miałem kiedyś przyjaciółki, ale albo chciały zrobić sobie ze mnie chłopaka, albo przestały się odzywa po czasie. Może ona będzie inna, wydawała się w porządku. Nawet udawała, że bawią ją moje żarty. Dowiedziałem się, że musiała się tu wprowadzić ze względu na pracę mamy, choć nie powiedziała nic dokładniej. Jej mama wciąż wyjeżdża, dlatego teraz będzie mieszkać z babcią tutaj. Przeleciało mi przez myśl, że mógłbym mieć taką dziewczynę, ale chyba nie. Może nie jestem gotów? Nie wiem, mam szesnaście lat, powinienem chociaż zobaczyć, jak to jest być z kimś. Z drugiej strony to chyba nie dla mnie. Wydaję mi się, ze jeszcze nie dojrzałem do tej kwestii. A może po prostu nie poznałem odpowiedniej dziewczyny. Nie wiem sam. Chciałbym spotkać kogoś z kim rozumiałbym się bez słów, coś jak z Mateuszem, ale jeszcze lepiej. Mam cichą nadzieję, że gdzieś tam na świecie jest ktoś odpowiedni dla mnie i będę miał szczęście poznać tę osobę. Tamara jest naprawdę ładna, ale w inny sposób niż większość dziewczyn, które znam. Warto było ją poznać, by wiedzieć, że istnieją takie oczy, jak jej.
Po wielu miesiącach wspominając poznanie Tamary nie spodziewałem się, że nasze drogi się połączą. Zawsze będę upierał się, że to nie przypadek. Los chciał nas połączyć, jakby wiedział, że  będziemy stanowić zgrany duet. O wiele za dużo czasu zajęło mi zrozumienie tego, jednak lepiej później niż wcale. 
◘◘
Z czasem wszystko zaczęło się zmieniać. 
Zawsze bałem się zmian, a może tylko ich skutków? 
Na początku wydawało mi się, że moje życia wraca do normy. Mateusz nie wyjechał  i choć miałem sobie za złe, to cieszyłem się, że został. Minęły dwa tygodnie odkąd poznałem Tamarę i  już zdążyłem ją polubić. Była ciepła, miła i zabawna. Nie zabrzmi  to zbyt męsko, ale lubiłem jej ubrania. Ciemnozielone sukienki w małe kwiatki pasowały do jej oczu. Zapoznałem ją z Matim, jemu także przypadła do gustu i na swój sposób dołączyła do naszej paczki.  Często razem oglądaliśmy horrory i zajadaliśmy się popcornem u mnie. Wydawało mi się, że mama zapałała nadzieją, że może wreszcie będę miał dziewczynę. Jednak ja nie umiem w ten sposób spojrzeć na uroczą buzię Tamary. Zacząłem czuć do siebie antypatią z jej powodu. Dlaczego taka świetna dziewczyna nie zakręciła mi w głowie? Coś jest ze mną nie tak? Oczywiście nie byłem nawet pewny, czy ona patrzyła w ten sposób na mnie. Po czasie przestałem już o tym myśleć, to była czysta przyjaźń. Z resztą moje myśli zajmowały teraz inne sprawy. Sytuacja w kraju się pogarszała.
Miesiąc później. 
W czwartek zwolnili mnie i całą klasę szybciej, już po dwunastej skończyłem zajęcia, co było niesamowite. Zwłaszcza, że nie miałem tego dnia fizyki. Było inaczej. Inaczej. Nie dawało mi to spokoju. Zaprosiłem Mateusza i resztę dnia graliśmy w planszówki razem z Fabianem. Kurdupel ogrywał nas w chińczyka.
Następnego dnia w ogóle nie poszedłem do szkoły, zamknęli ją.
O czym myślałem? Bałem się. Tak bardzo się bałem i nie rozumiałem, co się dzieje. Mama nic nie mówiła, ciągle pracowała. Tata zawsze był małomówny, a ja nie wymuszałem na nich odpowiedzi. Fabian się cieszył i oglądał kreskówki.
Powietrze było inne. Co znaczy inne? Nie wiem.
Gazety od tygodnia były pełne nekrologów. Zgony. Trupy. Internet huczał. Telewizja kłamała. Zaraza. Wszyscy ją o tym słyszeli. Brak lekarstwa. Spytałem kiedyś Tamarę, co o tym myśli. Odpowiedziała, że ma nadzieję, że to sen. Mateusz nic nie mówił.
Fabianowi nie pozwoliliśmy oglądać takich programów, nie musiał wiedzieć. 
Ja myślałem, brałem coraz więcej tabletek przeciwbólowych na głowę. Strasznie mnie bolała ostatnio. Cholerny łeb. Nie mogłem się na niczym skupić. Niektórzy, choć nieliczni wyjechali. W internecie było pełno masakrycznych zdjęć. Ludzie zabijali się nawzajem. Pisano, że rząd kłamie. Czy to złe, że miałem nadzieję, że nas to ominie? Z Anglii od tygodnia nie było wieści. Widziałem raz, jak Mateusz płakał, ale nic nie zrobiłem. Brakowało mi sił. Zacząłem pojmować, że coś się zaczyna, coś wielkiego i okropnego, coś co zmieni historię i ludzi, wszystkich, każdego z osobna, ale za bardzo się bałem by powiedzieć, to wprost. Przecież to sen.
Z tego co mówiła Tamara, wciąż była w kontakcie z mamą. Niczego więcej się nie dowiedziałem.
Trzy tygodnie później.
Ten dzień zacząłem od kubka herbaty i tostów, zrobiłem też porcję dla brata. Włączyłem telewizję i byłem zszokowany tym, co zobaczyłem. Liczyłem na zwykły poranny program, zawierający informację o temperaturze powietrza i opadach w różnych częściach Polski, ale to nie było to. Jeden z dziennikarzy, może z Warszawy, ubrany na czarna przeprowadzał wywiad z policjantem, a może kimś wyższej rangi. Nie byłem pewien. Ten sam wywiad był emitowany na każdym kanale. 
- ...więc co Pan radzi? - zapytał reporter.
- Wszystko jest pod kontrolą. Jednak w wielu miastach mogą być ogłaszane ewakuację. Proszę o słuchanie miejscowych władz i nie stawianie oporu  - odpowiedział mężczyzna. Wyglądał na zmęczonego. Zauważyłem na skrawku jego rękawa czerwoną, ciemną plamę. Chciałabym, żeby to była farba. 
- Policja, wojsko dadzą radę to opanować? 
- Oczywiście. Robimy wszystko, co w naszej mocy.
- Jednak szczepionka nie jest jeszcze znana?
- Nie. Kontakt z osobami zarażonymi jest ściśle zabroniony. Zarażeni są agresywni i niebezpieczni - odpowiedział i spojrzał w bok, jakby nie mówił, całej prawdy. - W razie ich ataku, trzeba się bronić i nie dać się ugryźć.
- Co obywatele mają rozumieć poprzez ,,bronić'?
- Jeśli zajdzie taka potrzeba, w sytuacji zagrożenia, trzeba zarażonego unieszkodliwić poprzez mocne uderzenie w jego głowę - powiedział z bólem. Poczułem sympatię do tego człowieka. Musiała na nim ciążyć wielka odpowiedzialność. Już zrozumiałem co próbował przekazać. Jednak jak w delikatny sposób miał to powiedzieć? Jak powiedzieć, że zarażonych nie da się już uratować?
Później ekran zrobił się czarny. Pojawił się czerwony napis UWAGA, a pod nim kilka informacji. Wynikało z nich, że państwo jest zamknięte, choć sytuacjach u naszych sąsiadów też nie miała się dobrze. Zastanawiałem się, czy jest tak na całych świecie. Były wzmianki o tym, że nie ma leku, zarażeni są agresywni i proszono o pozostanie w domach. 
Koło południa telefony przestały działać. 
W telewizji wciąż wyświetlał się tylko ten komunikat.
Fabian przez cały dzień czytał Harry'ego Pottera, a tata nie wracał.
Bałem się oddychać. Pozamykałem drzwi i okna, sprawdziłem wejście do piwnicy. Cisza piekła mnie w oczy. 
W całych mieście wyły syreny strażackie, policyjne i karetki. Kilka wozów przejeżdżało nawet obok mojego domu.
Koło dwudziestej mama wpadła do domu. Wciąż była w swoim pielęgniarskim, teraz już pobrudzonym od krwi i czegoś jeszcze stroju, a z czoła kapały jej krople potu. Ciężko oddychała. Spojrzała tylko na mnie i nic nie musiała mówić. Wiedziałem o co jej chodziło.
- Zaczęło się, Dominik - patrzyła twardo, nie pokazała, jak bardzo bała się tych słów. Zrozumiałem wtedy, jak bardzo silną kobietą jest moja matka. Chciałem się rozpłakać, jak małe dziecko i wtulić w jej spódnicę, ale tylko kiwnąłem głową. W tym momencie każda komórka mojego ciała zapłonęła strachem, który miał nigdy się nie skończyć. Mój obolały umysł niechętnie poskładał części układanki w całość. 
Tej nocy nie spałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Yassmine